Wiatr w plecy Clinton

Posted on 30 kwietnia, 2008 (niedoszły emigrant :))

Hillary Clinton wyraźnie wygrała z Barackiem Obamą prawybory Demokratów w Pensylwanii. – Fala się cofa – powiedziała Hillary, myśląc o Obamie. Ale to on wciąż prowadzi w walce o nominację prezydencką.

Clinton, radosna, rozluźniona, dwie godziny po zamknięciu lokali wyborczych ogłosiła: – Byli tacy, którzy mnie już skreślali i mówili, że mam się wycofać. Ale Amerykanie się nie cofają! I zasługują na prezydenta, który się nie cofa!

Dla Obamy to była przykra noc. W ostatnich dniach przed głosowaniem przyznawał, że z Clinton nie wygra, ale liczył, że przegra o najwyżej kilka procent. Tymczasem Clinton pokonała go 55 do 45 proc. Zdobyła kolejny poważny argument, by powtarzać: tylko ja mogę wygrać w listopadzie z popularnym Johnem McCainem, kandydatem Republikanów.

Zwycięstwo Clinton jest tym słodsze, że Obama chciał ją w Pensylwanii dobić. Wydał tam na kampanię dwa razy więcej niż Clinton, na reklamówki w telewizji – prawie trzy razy (ponad 11 mln dol. do 4 mln).

Ale zdobył tylko większość głosów tradycyjnie najbardziej oddanych mu grup elektoratu – zdecydowanie Murzynów i już mniej wyraźnie ludzi młodych, poniżej trzydziestki, oraz osób z wyższym wykształceniem. Przegrał głosy mężczyzn (kobiet przegrywał niemal zawsze), białych oraz bazy Demokratów – robotników i pracowników sfery usług.

Obamie z całą pewnością zaszkodziły dwa skandale, które wstrząsnęły jego kampanią podczas sześciu tygodni kampanii w Pensylwanii. Najpierw ujawnienie radykalnych poglądów jego pastora i przewodnika duchowego Jeremiaha Wrighta, który wsławił się m.in. przekręceniem słów hymnu USA z „Boże błogosław Amerykę” na „Boże przeklnij Amerykę”. A tydzień temu sam Obama strzelił sobie w stopę, mówiąc na zamkniętym spotkaniu z milionerami wspierającymi jego starania o prezydenturę: „Ludzie z małych miasteczek (…) stają się zgorzkniali, zwracają się ku broni albo religii, albo ku niechęci do ludzi, którzy nie są tacy jak oni (…), jako sposobom wytłumaczenia ich frustracji”.

Wczoraj Obama za te mocno nagłaśniane, także przez sztab Clinton, słowa zapłacił. Przegrał niemal wszystkie okręgi wyborcze na prowincji Pensylwanii. Katolicy, którzy stanowią 40 proc. wyborców stanu, odrzucili go aż 30 do 70 proc.

Komentatorzy podkreślają, że Clinton dzięki Pensylwanii niczego jeszcze nie wygrała. Najwyżej przedłużyła swe szanse na nominację prezydencką i trochę je zwiększyła. Faworytem do desygnowania do walki o Biały Dom nadal pozostaje Obama.

Wciąż prowadzi z Clinton w wyścigu o poparcie delegatów na krajowy zjazd partii w sierpniu, który ostatecznie zdecyduje o tym, kto będzie kandydatem lewicy na prezydenta USA. Wczoraj Clinton zdobyła zaledwie 12 delegatów więcej (w sumie z Pensylwanii będzie ich 188), przegrywa wciąż o 130. Obama ma ich teraz 1720, Clinton – 1590. Do zwycięstwa potrzeba 2025 delegatów.

Za dwa tygodnie kolejne prawybory – w Karolinie Północnej (115 delegatów, zdecydowanym faworytem jest Obama) i Indianie (72 delegatów, niewielka przewaga w sondażach Clinton). Potem w maju i czerwcu – sześć ostatnich starć. Jest prawie niemożliwe, by Clinton dogoniła Obamę w liczbie delegatów przed konwencją partii.

Była pierwsza dama bardzo za to popsuła grę rywala. Jej argumenty, że Obama jest elitarnym, słabym politykiem, nadmiernie lewicowym, by wygrać z McCainem, nabrały nowej siły.

Wczoraj od rana wszyscy doradcy Clinton w dziesiątkach programów telewizyjnych powtarzali: – Tylko Hillary jest w stanie wygrać w dużych, „nieelitarnych” stanach, takich jak Pensylwania, Ohio czy New Jersey, kluczowych dla rozgrywki w listopadzie.

Komentator lewicowego „New Republic” John Judis napisał: „Elektorat Obamy zaczyna wyglądać jak koalicja Demokratów z lat 70. I 80.: studenci i mniejszości”. A ta, „bardzo liberalna koalicja” z reguły przegrywała.

Ludzie Obamy mimo porażki wczoraj kontratakowali. David Ploufee, menedżer kampanii senatora z Illinois, w którego telekonferencji z dziennikarzami uczestniczyłem, mówił tak: – Są stany, gdzie silniejsza jest Clinton, ale jest więcej takich, gdzie jesteśmy my. Na Zachodzie, w Kolorado czy Nowym Meksyku my wygrywamy z McCainem, Clinton przegrywa wyraźnie. Gdy Obama zostanie kandydatem, wszyscy Demokraci zjednoczą się wokół niego. Pensylwania tak naprawdę niewiele zmieniła.

Czy więc fala Obamomanii rzeczywiście wczoraj zaczęła się cofać? Nie wiadomo. Ale Clinton dostała wiatr w plecy. Podczas pierwszych trzech godzin po wygranej zebrała w internecie 2,5 mln dol.

Najlepszy komentator polityczny z Filadelfii Dick Polman, profesor Uniwersytetu Pensylwanii, podsumował bój Clinton z Obamą tak: „To, co Obama stracił w Pensylwanii, odbije sobie w Karolinie, potem ona wygra w Wirginii Zachodniej, on – w Oregonie, ona wciąż będzie miała poparcie emerytów, on – dzieciaków, ona – białych, on – czarnych, ona tych, co piją whisky, on tych, co wino… Zakończmy wreszcie to wszystko! Tylko nikt nie wie jak… I w tym tkwi dla Demokratów niebezpieczeństwo przed jesiennymi wyborami”.

Podobne artykuły

Comments are closed.