Kto zostanie prezydentem USA?

Data publikacji: 30 kwietnia, 2008

Średnia z amerykańskich sondaży 7-22 kwietnia

Obama – McCain: 46-44,8

Clinton – McCain: 45,6-45,5

Źródło: RealClearPolitics.com oraz Gazeta Wyborcza

Wiatr w plecy Clinton

Data publikacji:

Hillary Clinton wyraźnie wygrała z Barackiem Obamą prawybory Demokratów w Pensylwanii. – Fala się cofa – powiedziała Hillary, myśląc o Obamie. Ale to on wciąż prowadzi w walce o nominację prezydencką.

Clinton, radosna, rozluźniona, dwie godziny po zamknięciu lokali wyborczych ogłosiła: – Byli tacy, którzy mnie już skreślali i mówili, że mam się wycofać. Ale Amerykanie się nie cofają! I zasługują na prezydenta, który się nie cofa!

Dla Obamy to była przykra noc. W ostatnich dniach przed głosowaniem przyznawał, że z Clinton nie wygra, ale liczył, że przegra o najwyżej kilka procent. Tymczasem Clinton pokonała go 55 do 45 proc. Zdobyła kolejny poważny argument, by powtarzać: tylko ja mogę wygrać w listopadzie z popularnym Johnem McCainem, kandydatem Republikanów.

Zwycięstwo Clinton jest tym słodsze, że Obama chciał ją w Pensylwanii dobić. Wydał tam na kampanię dwa razy więcej niż Clinton, na reklamówki w telewizji – prawie trzy razy (ponad 11 mln dol. do 4 mln).

Ale zdobył tylko większość głosów tradycyjnie najbardziej oddanych mu grup elektoratu – zdecydowanie Murzynów i już mniej wyraźnie ludzi młodych, poniżej trzydziestki, oraz osób z wyższym wykształceniem. Przegrał głosy mężczyzn (kobiet przegrywał niemal zawsze), białych oraz bazy Demokratów – robotników i pracowników sfery usług.

Obamie z całą pewnością zaszkodziły dwa skandale, które wstrząsnęły jego kampanią podczas sześciu tygodni kampanii w Pensylwanii. Najpierw ujawnienie radykalnych poglądów jego pastora i przewodnika duchowego Jeremiaha Wrighta, który wsławił się m.in. przekręceniem słów hymnu USA z „Boże błogosław Amerykę” na „Boże przeklnij Amerykę”. A tydzień temu sam Obama strzelił sobie w stopę, mówiąc na zamkniętym spotkaniu z milionerami wspierającymi jego starania o prezydenturę: „Ludzie z małych miasteczek (…) stają się zgorzkniali, zwracają się ku broni albo religii, albo ku niechęci do ludzi, którzy nie są tacy jak oni (…), jako sposobom wytłumaczenia ich frustracji”.

Wczoraj Obama za te mocno nagłaśniane, także przez sztab Clinton, słowa zapłacił. Przegrał niemal wszystkie okręgi wyborcze na prowincji Pensylwanii. Katolicy, którzy stanowią 40 proc. wyborców stanu, odrzucili go aż 30 do 70 proc.

Komentatorzy podkreślają, że Clinton dzięki Pensylwanii niczego jeszcze nie wygrała. Najwyżej przedłużyła swe szanse na nominację prezydencką i trochę je zwiększyła. Faworytem do desygnowania do walki o Biały Dom nadal pozostaje Obama.

Wciąż prowadzi z Clinton w wyścigu o poparcie delegatów na krajowy zjazd partii w sierpniu, który ostatecznie zdecyduje o tym, kto będzie kandydatem lewicy na prezydenta USA. Wczoraj Clinton zdobyła zaledwie 12 delegatów więcej (w sumie z Pensylwanii będzie ich 188), przegrywa wciąż o 130. Obama ma ich teraz 1720, Clinton – 1590. Do zwycięstwa potrzeba 2025 delegatów.

Za dwa tygodnie kolejne prawybory – w Karolinie Północnej (115 delegatów, zdecydowanym faworytem jest Obama) i Indianie (72 delegatów, niewielka przewaga w sondażach Clinton). Potem w maju i czerwcu – sześć ostatnich starć. Jest prawie niemożliwe, by Clinton dogoniła Obamę w liczbie delegatów przed konwencją partii.

Była pierwsza dama bardzo za to popsuła grę rywala. Jej argumenty, że Obama jest elitarnym, słabym politykiem, nadmiernie lewicowym, by wygrać z McCainem, nabrały nowej siły.

Wczoraj od rana wszyscy doradcy Clinton w dziesiątkach programów telewizyjnych powtarzali: – Tylko Hillary jest w stanie wygrać w dużych, „nieelitarnych” stanach, takich jak Pensylwania, Ohio czy New Jersey, kluczowych dla rozgrywki w listopadzie.

Komentator lewicowego „New Republic” John Judis napisał: „Elektorat Obamy zaczyna wyglądać jak koalicja Demokratów z lat 70. I 80.: studenci i mniejszości”. A ta, „bardzo liberalna koalicja” z reguły przegrywała.

Ludzie Obamy mimo porażki wczoraj kontratakowali. David Ploufee, menedżer kampanii senatora z Illinois, w którego telekonferencji z dziennikarzami uczestniczyłem, mówił tak: – Są stany, gdzie silniejsza jest Clinton, ale jest więcej takich, gdzie jesteśmy my. Na Zachodzie, w Kolorado czy Nowym Meksyku my wygrywamy z McCainem, Clinton przegrywa wyraźnie. Gdy Obama zostanie kandydatem, wszyscy Demokraci zjednoczą się wokół niego. Pensylwania tak naprawdę niewiele zmieniła.

Czy więc fala Obamomanii rzeczywiście wczoraj zaczęła się cofać? Nie wiadomo. Ale Clinton dostała wiatr w plecy. Podczas pierwszych trzech godzin po wygranej zebrała w internecie 2,5 mln dol.

Najlepszy komentator polityczny z Filadelfii Dick Polman, profesor Uniwersytetu Pensylwanii, podsumował bój Clinton z Obamą tak: „To, co Obama stracił w Pensylwanii, odbije sobie w Karolinie, potem ona wygra w Wirginii Zachodniej, on – w Oregonie, ona wciąż będzie miała poparcie emerytów, on – dzieciaków, ona – białych, on – czarnych, ona tych, co piją whisky, on tych, co wino… Zakończmy wreszcie to wszystko! Tylko nikt nie wie jak… I w tym tkwi dla Demokratów niebezpieczeństwo przed jesiennymi wyborami”.

Co zrobi elita amerykańskich Demokratów?

Data publikacji: 22 lutego, 2008

Jeśli w najbliższych miesiącach poleje się dużo złej krwi, wrogość między demokratami może okazać się trwała. I zaszkodzić ich kandydatowi w listopadzie – mówi politolog Bruce Buchanan.

Marcin Bosacki: Na to, kto zostanie kandydatem Demokratów na prezydenta, będziemy musieli czekać aż do zjazdu tej partii w sierpniu?

Bruce Buchanan: Prawie na pewno tak. Walka Obamy z Clinton jest bardzo zacięta, trudno przypuszczać, by któreś z nich zdobyło w najbliższych miesiącach zdecydowane prowadzenie.

Przed nami jeszcze prawybory w trzech wielkich stanach – Teksasie, Ohio i Pensylwanii. Ale nawet jeśli Clinton lub Obama jakimś cudem wygra we wszystkich trzech stanach, niczego to nie przesądzi. Bo te zwycięstwa będą zapewne minimalne, a Demokraci przydzielają delegatów proporcjonalnie. Czyli jeśli np. Clinton wygra w Teksasie 55 proc. do 45, to dostanie niewiele więcej delegatów niż Obama.

Podziały wśród wyborców lewicy są wyraźne. Mężczyźni wolą Obamę, kobiety – Clinton. Murzyni głosują na niego, Latynosi na nią. O czym te podziały świadczą?

- One nie muszą być trwałe. To raczej preferencje niż oznaka wrogości grup etnicznych czy płci. Większość wyborców Obamy deklaruje, że jeśli to Clinton wygra w końcu bój o nominację, to poprą i ją. Podobnie deklarują wyborcy Clinton.

Demokratów cementuje wrogość do Busha i Republikanów. Wyborcy lewicy mogą się podzielić tylko w jednym wypadku – gdy ten zacięty wyścig między Obamą a Clinton zdominuje ostra, negatywna kampania, której próbki mieliśmy już w wykonaniu Billa Clintona. Jeśli w najbliższych miesiącach poleje się dużo złej krwi, wrogość między demokratami może okazać się trwała. I zaszkodzić ich kandydatowi w listopadzie.

Co więc może się wydarzyć na zjeździe Demokratów?

- Prawie wszystko będzie zależeć od superdelegatów. To prawie ośmiuset polityków z elity partii, którzy mogą głosować, jak chcą, i których się nie wybiera. Ten system stworzono w 1968 r., gdy prawybory Demokratów były ostatni raz niemal tak zacięte jak teraz. Właśnie po to, by superdelegaci, mędrcy partyjni, mogli decydować w sytuacji sporu, niepewności.

Większość z nich poprze Clinton?

- Na to wskazywałaby prosta logika. Elita Partii Demokratycznej wiele zawdzięcza Clintonom, zwłaszcza Billowi. Za czasów jego prezydentury zaczynały się lub rozkwitały ich kariery. Trudno głosować przeciw komuś, dzięki komu pierwszy raz zwyciężyło się w wyborach do Kongresu albo kto mianował cię wiceministrem.

Ale jest i druga strona medalu. System superdelegatów wymyślono także po to, by wybierali oni kandydata, który jest najlepszy dla partii, ma największe szanse w starciu z Republikanami. Tymczasem sondaże wskazują, że McCaina łatwiej będzie pokonać Obamie, dużo trudniej – Clinton.

Co przeważy wśród superdelegatów – lojalność wobec Clintonów czy dobro partii? Nie wiem.

McCain będzie dla Demokratów trudny do pokonania?

- Bardzo. Wielu ekspertów uważa, że osłabi go to, że duża część konserwatywnej części Partii Republikańskiej go nie znosi. Ale co najmniej 80 proc. z nich i tak będzie na niego głosować. A te 10-20 proc., które się uprze i zostanie w domach, nie będzie miało większego znaczenia.

McCain zrekompensuje to sobie poparciem wyborców środka, z których wielu bardzo go ceni. Zwłaszcza jeśli przeciw niemu stanie Clinton, osoba wywołująca skrajne emocje.

*Bruce Buchanan jest profesorem politologii Uniwersytetu Teksaskiego. Napisał książkę o kampaniach prezydenckich

Nie wszystko zależy od McCaina

Brian Darling, ekspert konserwatywnej Heritage Fundation, były doradca kilku republikańskich senatorów

McCain wygrał, może szykować się do starcia z Demokratami.

Stało się tak, bo głosy konserwatywnych wyborców podzieliły się między Romneya i Huckabeego, a wcześniej też Freda Thompsona [wycofał się kilkanaście dni temu].

Ale wygrał też dlatego, że Romney okazał się słabszy, niż wielu na prawicy oczekiwało. Miał trzy szanse: miesiąc temu w New Hampshire, tydzień temu na Florydzie i wczoraj podczas superwtorku. Wszystkie trzy starcia z McCainem przegrał.

Kampania Romneya okazała się niemal katastrofą. Nie wykluczam, że w najbliższych dniach wycofa się z wyścigu w ogóle.

McCain musi teraz przekonać do siebie konserwatywne skrzydło partii, gdzie wciąż bardzo wielu wyborców mu nie ufa. Jeśli to się uda, bohater z Wietnamu będzie silnym kandydatem przeciwko Demokratom. Ale nie wszystko zależy od niego.

Jeśli kryzys gospodarczy się pogłębi, McCainowi trudno będzie wygrać. Jeśli natomiast okaże się, że to tylko niewielka zadyszka i do listopada gospodarka USA znów będzie w dobrej kondycji, szanse McCaina, autorytetu w sprawach zagranicznych i bezpieczeństwa, mocno wzrosną.

Podobnie Irak – jeśli najbliższe miesiące pokażą, że popierana przez McCaina ofensywa w Iraku przynosi dalsze uspokojenie kraju, to on sam w listopadzie będzie bardzo, bardzo mocny. Ale jeśli okaże się, że sukcesy z ostatnich miesięcy były tylko iluzoryczne, Clinton albo Obama będą mieli zwycięstwo niemal w kieszeni.

Być może więc o wyniku tych wyborów zdecydują czynniki, na które żaden z kandydatów nie ma wpływu.

Źródło: Gazeta Wyborcza