Jak nie zrobić błędu z Work and Travel?

Data publikacji: 18 czerwca, 2008

Gdy rok temu, wyjeżdżałem do USA z biurem Student Adventure, nie spodziewałem się żadnych kłopotów. Wszystko było dokładnie sprawdzone, mój znajomy sam pracował w tej firmie, więc jedynym co mnie martwiło było, czy zarobię w USA dużo, czy… bardzo dużo. Niestety szara rzeczywistość okazała się zupełnie inna, a mówienie o pechu raczej byłoby tutaj eufemizmem.

W rzeczywistości Student Adventure wysłało mnie do firmy, która nie chciała płacić za wykonywaną pracę. Co się też okazało na miejscu, w Denver, rok przede mną podobne doświadczenia mieli inni studenci z Polski, więc wielce prawdopodobnym jest, że biuro, któremu zapłaciłem około 3000 zł, spodziewało się, że będę miał kłopoty.

Zaraz po moim wyjeździe do USA, filia owego biura podróży w moim mieście została zamknięta. Próbowaliśmy się kontaktować z różnym przedstawicielami, ale telefony milczały. Cała sytuacja zakończyła sie szczęśliwie, ale tylko za sprawą znajomego, który utrzymywał kontakt ze swym dawnym pracodawcą i załatwił nam pracę w kasynie.

Jeżeli zdajesz się na pracodawcę, oferowanego przez biuro podróży, cena wyjazdu nie powinna decydować w głównej mierze o wyborze firmy z jaką chcesz podpisać umowę i bądź, co bądź, płacić jej duże pieniądze. Wybierz sobie kilka ofert i zaczerpnij wszelkich możliwych informacji na ich temat. Jeżeli nikt z Twoich znajomych nie korzystał z takich biur, po prostu przeszukaj dokładnie internet. Bardzo istotne są opinie uczestników. Pamiętaj tylko, by owych opinii nie szukać na stronach biur oferujących wyjazdy Work & Travel. Tamte opinie zawsze będą pozytywne.
Sprawdź, czy w razie ewentualnej rezygnacji z programu, biuro zwróci Ci całą dotychczas wpłaconą sumę, a jeżeli nie, to jakie straty poniesiesz. W przeróżnych gazetach w okolicach lutego pojawiają się rankingi na temat biur wysyłających studentów na Work & Travel. Warto to przejrzeć.

Byłem dwukrotnie w USA i jestem zdania, że przede wszystkim, obok zarobków, ważne jest miasto, do którego mamy się udać. Należy pamiętać, że praca pochłonie większą część naszego pobytu. Jako studenci z wymiany, nie będziemy traktowani pobłażliwie i żaden pracodawca nie da nam tygodnia urlopu na zwiedzanie innych miast. A małe miasteczka w USA nie różnią się niczym od polskich miasteczek i nie mają wiele do zaoferowania. Oczywiście można poczekać do samego końca pobytu w USA i wtedy postarać się gdzieś wyjechać. Jednak wiem z własnego i innych doświadczenia, że ostatnie tygodnie spędza się na odliczaniu dni do powrotu do Polski; i to bez względu na to, czy wyjazd był udany, czy też nie. Dlatego proponuję odnaleźć pracodawcę w ciekawym mieście, w ciekawym stanie. Nie musi to być metropolia, a wręcz przeciwnie – w metropoliach ciężko gdziekolwiek dotrzeć.

To tyle, jeżeli chodzi o miasto związane z miejscem pracy, a teraz najważniejsze – zarobki. Ogólnie uznaje się, że najlepsze są prace z napiwkami. I chyba to jest prawda, bo mimo, że stawka godzinowa jest bardzo niska to niejednokrotnie po dodaniu napiwków wychodzi około 15 dolarów na godzinę i więcej. Pracowałem w kasynie i rzeczywiście dobrze zarobiłem. Tu jednak moja uwaga: błagam sprawdźcie kasyno, do którego się wybieracie. Praca na napiwki jest dobra tylko tam, gdzie są klienci. Moi znajomi zostali wysłani do Nowego Orleanu po przejściu huraganu Katrina. Miasto było w odbudowie i, jak łatwo się domyślić, klienci niechętnie przyjeżdżali, a co za tym idzie, pracownicy nie zarabiali.

Jakie są koszty utrzymania?

Oczywiście jest to zależne od miejsca pobytu. Duże miasta są droższe i nie jest to żadna nowość. Często pracodawca sam oferuje mieszkanie i dojazd do pracy. Niejednokrotnie jest to cena zawyżona, a w umowie, którą podpisujesz jest punkt mówiący, że jeżeli rezygnujesz z mieszkania, to rezygnujesz z pracy. Jest to całkowicie legalne, bo dobrowolnie składasz podpis pod umową. Czynsz za mieszkanie będzie stanowił dużą część Twoich wydatków. Jedzenie w porównaniu do zarobków jest stosunkowo tanie. Jeżeli zamieszkasz daleko od miejsca pracy, musisz doliczyć koszty dojazdu do pracy. Cena biletu autobusowego oscyluje w granicach 1-2 dolarów.

Zanim wyjeżdżałem do Stanów szukałem informacji na temat konkretnej ceny utrzymania i nikt mi takiej nie przedstawił. Mogę natomiast powiedzieć, że ja sam za swoje wyżywienie nie przekraczałem sumy 200 dolarów miesięcznie. Mieszkanie miałem bardzo tanie, bo kosztowało 100 dolarów miesięcznie, ale z tego co słyszałem od innych uczestników Work & Travel to najdroższy wynajem dla jednej osoby wynosi 400 dolarów. Oczywiście nie mówię tutaj o wynajęciu „kawalerki”, tylko wspólnym wynajęciu z kilkoma osobami.

Na każdy swój wyjazd do USA pożyczałem pieniądze od rodziny. Z każdego też wyjazdu wszystkie pieniądze oddałem, przywiozłem laptopa, aparat, telefon komórkowy, sporo ciuchów i jeszcze pieniądze dla siebie. To chyba dobre osiągnięcie.

Mimo bardzo słabego kursu dolara, mimo tego, że jest dużo dokumentów do wypełnienia; mimo tego, że jesteś dalko od domu; mimo tego, że niejednokrotnie rzeczy ułożą się nie tak, jakbyś sobie tego życzył, to wyjechać na Work and Travel napewno warto. Jeżeli uda Ci się zarabiać około 15 dolarów na godzinę to smutny nie wrócisz. Jeżeli natomiast będzie to poniżej 10 dolarów na godzinę to nie zaoszczędzisz wiele i główną rzeczą jaką przywieziesz będą niezapomniane przeżycia. Jedno jest pewne: nie zrozumiesz realiów amerykańskich, jeżeli sam tego nie sprawdzisz. Mam nadzieję, że nieco Wam pomogłem. Życzę powodzenia w planowaniu podróży życia!

Polak zmarł z przepracowania w Irlandii

Data publikacji: 6 czerwca, 2008

Czasem jak czytam takie artykuły to sie sam zastanawiam czy napewno wszyscy wyjeżdżający za granicę wiedzą co robią…

Ballymahon, malownicza miejscowość położona niemal w sercu Irlandii, na północ od Athlone. Jedna szkoła, jeden kościół, kilka sklepów, parę pubów i dwa prężne zakłady: elektroniczny i rzeźniczy, w których większość załogi stanowią Polacy. Czas płynie im tu powoli, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Dom-praca, praca-dom. W soboty zrzutka po parę euro na paliwo i wyjazd na większe zakupy do Lidla w Athlone, raz w miesiącu w niedzielę polska msza, a po niej to już tylko ładowanie akumulatorów na kolejny tydzień pracy. Można by pomyśleć – pełna harmonia, ale to nie tak. W ubiegłym tygodniu zakłóciły ją wieści o śmierci 48- letniego Leszka, jednego z pracowników grupy „Keepak”.

- W tym roku już czterech młodych mężczyzn zmarło – wyliczają pracownicy zakładów, tuż po wyjściu z kościoła, w którym odbyła się msza żałobna za ich kolegę, Leszka. – Dwóch w wypadku, jednego znaleziono dopiero po trzech dniach we własnym domu, nie wiadomo na co zmarł, no i Leszek czwarty. W poprzednich latach też nie lepiej. Jeden nasz kolega rzucił się z mostu, bo nie radził sobie w pracy.

- Śmierć Leszka, to dla nas o tyle spory szok, że był naszym współlokatorem. Od 2002 roku mieszkaliśmy razem, byliśmy jak rodzina – mówi Zdzisiek łamiącym się głosem. – To był taki uczciwy i pogodny facet, żartował cały czas, nawet w dniu śmierci, a jaki pracowity: jak pracował, to pot z niego lał się ciurkiem, a na hali ziąb, tylko 5 stopni – opowiada Krzysiek.

Nie bez kozery kilkunastu pracowników nazywa się żartobliwie „końmi”. Leszek był jednym z nich. To on wykonywał najcięższe i wymagające dużej wprawy prace i napędzał rytm innych. Owa końska harówka polega na wykrawaniu z wiszących półtusz wołowych poszczególnych partii krwistego mięsa”.

- Dzień przed śmiercią obserwowaliśmy, jak Leszek pracował na kolanach, mokry od potu jak szczur. Dźwigał wiszące na hakach, obdarte ze skóry, półtusze, podczas, gdy supervisor zagrzewał go do większego wysiłku, jak niewolnika: „Cammon, cammon, Lesek” – wołał Brazylijczyk. Ale on nie narzekał, był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Był z niego chłop jak tur i miał przysłowiowe końskie zdrowie – mówi Piotr, kolega z hali nr 1. Ludzka wytrzymałość ma jednak swoje granice, a Leszek właśnie je przekroczył.

Niewytłumaczalny dla nas jest fakt, że nikt nie udzielił mu pierwszej pomocy, kiedy pierwszy raz zasłabł w szatni. Szef produkcji sądził, że to tylko zatrucie pokarmowe. Gdyby go szybko reanimowali, miałby szansę żyć. Nikt też nie wezwał ambulansu, uznając, że prywatnym samochodem jednego z pracowników dojadą szybciej do szpitala w Mullingar, oddalonego o 40 km. Przeliczyli się. W samochodzie stracił przytomność i już jej nie odzyskał. – Leszek mógłby żyć, gdyby otrzymał szybko fachową pomoc. W broszurze, którą dostał każdy z nas wraz z kontraktem, jest wzmianka o lekarzu zakładowym. Gdzie on jest?! Czy kiedy któryś z nas będzie miał atak serca, też wsadzą nas w samochód, byśmy w nim mogli umrzeć w drodze do szpitala? – pyta Mietek. Zgon nastąpił w szpitalu po kilkudziesięciu minutach reanimacji.

- Z roku na rok jest coraz ciężej w pracy. Ludzie nie wytrzymują presji. Od czasu zatrudnienia Polaków, normy z 450 sztuk przerobionego dziennie bydła, wzrosły do 800 sztuk i wciąż to mało, a przecież my ludźmi tylko jesteśmy, nie maszynami. Tu się bardziej maszynę szanuje niż człowieka, bo człowieka można zastąpić następnym, czekającym w kolejce na „wymarzoną posadę” rzeźnika w Keepaku. Coraz więcej ludzi zjeżdża do Polski, bo im zdrowie szwankuje. Koledze wczoraj pękły żylaki na nogach, musi wracać. Kilka lat temu obchodzili się z nami jak z jajkiem, wycieczki organizowali, do domu zapraszali, posiłki w stołówce zakładowej były za darmo. Dziś wydają nam posiłki darmowe tylko wtedy, gdy kontrola jest na zakładzie. Wtedy wszystko działa jak w zegarku. Ale nam nie chodzi o posiłki, tylko o możliwość złapania oddechu. Od jakiegoś czasu już nam tak śrubę dokręcili, że nawet chcąc wyjść do toalety, trzeba podbijać kartę zegarową. Efektem tego powstrzymujemy się od wychodzenia za potrzebą. Przyjdzie nam pieluchy wkrótce zakładać, jak te kasjerki w polskich hipermarketach – dodaje Mietek.

Źródło: GazetaIE

Bush padł ofiarą partyjnych gier?

Data publikacji:

Administracja George’a W. Busha wprowadziła opinię publiczną w błąd w sprawie inwazji na Irak w roku 2003 – ustalił senacki komitet do spraw wywiadu – informuje serwis CNN.
- Z odtajnionych raportów wynika, że administracja George’a W. Busha pospieszyła się z podjęciem działań zbrojnych przeciwko reżimowi Saddama Husajna – oświadczył przewodniczący komitetu Demokrata John D. Rockefeller. W jego opinii, ludzie z otoczenia prezydenta USA, uzasadniając decyzję o inwazji w 2003 r., wybrali z raportów wywiadu te informacje, które wspierały ich racje, a pominęli fakty, które się z nimi kłóciły.

Zdaniem senatorów, administracja Busha źle oceniła również kwestię powiązań pomiędzy Saddamem Husajnem a al-Kaidą. Raporty wywiadowcze nie zawierały bowiem wystarczających przesłanek, by udowodnić to partnerstwo.