Co zrobi elita amerykańskich Demokratów?

22 lutego, 2008 | Autor: (niedoszły emigrant :))

Jeśli w najbliższych miesiącach poleje się dużo złej krwi, wrogość między demokratami może okazać się trwała. I zaszkodzić ich kandydatowi w listopadzie – mówi politolog Bruce Buchanan.

Marcin Bosacki: Na to, kto zostanie kandydatem Demokratów na prezydenta, będziemy musieli czekać aż do zjazdu tej partii w sierpniu?

Bruce Buchanan: Prawie na pewno tak. Walka Obamy z Clinton jest bardzo zacięta, trudno przypuszczać, by któreś z nich zdobyło w najbliższych miesiącach zdecydowane prowadzenie.

Przed nami jeszcze prawybory w trzech wielkich stanach – Teksasie, Ohio i Pensylwanii. Ale nawet jeśli Clinton lub Obama jakimś cudem wygra we wszystkich trzech stanach, niczego to nie przesądzi. Bo te zwycięstwa będą zapewne minimalne, a Demokraci przydzielają delegatów proporcjonalnie. Czyli jeśli np. Clinton wygra w Teksasie 55 proc. do 45, to dostanie niewiele więcej delegatów niż Obama.

Podziały wśród wyborców lewicy są wyraźne. Mężczyźni wolą Obamę, kobiety – Clinton. Murzyni głosują na niego, Latynosi na nią. O czym te podziały świadczą?

- One nie muszą być trwałe. To raczej preferencje niż oznaka wrogości grup etnicznych czy płci. Większość wyborców Obamy deklaruje, że jeśli to Clinton wygra w końcu bój o nominację, to poprą i ją. Podobnie deklarują wyborcy Clinton.

Demokratów cementuje wrogość do Busha i Republikanów. Wyborcy lewicy mogą się podzielić tylko w jednym wypadku – gdy ten zacięty wyścig między Obamą a Clinton zdominuje ostra, negatywna kampania, której próbki mieliśmy już w wykonaniu Billa Clintona. Jeśli w najbliższych miesiącach poleje się dużo złej krwi, wrogość między demokratami może okazać się trwała. I zaszkodzić ich kandydatowi w listopadzie.

Co więc może się wydarzyć na zjeździe Demokratów?

- Prawie wszystko będzie zależeć od superdelegatów. To prawie ośmiuset polityków z elity partii, którzy mogą głosować, jak chcą, i których się nie wybiera. Ten system stworzono w 1968 r., gdy prawybory Demokratów były ostatni raz niemal tak zacięte jak teraz. Właśnie po to, by superdelegaci, mędrcy partyjni, mogli decydować w sytuacji sporu, niepewności.

Większość z nich poprze Clinton?

- Na to wskazywałaby prosta logika. Elita Partii Demokratycznej wiele zawdzięcza Clintonom, zwłaszcza Billowi. Za czasów jego prezydentury zaczynały się lub rozkwitały ich kariery. Trudno głosować przeciw komuś, dzięki komu pierwszy raz zwyciężyło się w wyborach do Kongresu albo kto mianował cię wiceministrem.

Ale jest i druga strona medalu. System superdelegatów wymyślono także po to, by wybierali oni kandydata, który jest najlepszy dla partii, ma największe szanse w starciu z Republikanami. Tymczasem sondaże wskazują, że McCaina łatwiej będzie pokonać Obamie, dużo trudniej – Clinton.

Co przeważy wśród superdelegatów – lojalność wobec Clintonów czy dobro partii? Nie wiem.

McCain będzie dla Demokratów trudny do pokonania?

- Bardzo. Wielu ekspertów uważa, że osłabi go to, że duża część konserwatywnej części Partii Republikańskiej go nie znosi. Ale co najmniej 80 proc. z nich i tak będzie na niego głosować. A te 10-20 proc., które się uprze i zostanie w domach, nie będzie miało większego znaczenia.

McCain zrekompensuje to sobie poparciem wyborców środka, z których wielu bardzo go ceni. Zwłaszcza jeśli przeciw niemu stanie Clinton, osoba wywołująca skrajne emocje.

*Bruce Buchanan jest profesorem politologii Uniwersytetu Teksaskiego. Napisał książkę o kampaniach prezydenckich

Nie wszystko zależy od McCaina

Brian Darling, ekspert konserwatywnej Heritage Fundation, były doradca kilku republikańskich senatorów

McCain wygrał, może szykować się do starcia z Demokratami.

Stało się tak, bo głosy konserwatywnych wyborców podzieliły się między Romneya i Huckabeego, a wcześniej też Freda Thompsona [wycofał się kilkanaście dni temu].

Ale wygrał też dlatego, że Romney okazał się słabszy, niż wielu na prawicy oczekiwało. Miał trzy szanse: miesiąc temu w New Hampshire, tydzień temu na Florydzie i wczoraj podczas superwtorku. Wszystkie trzy starcia z McCainem przegrał.

Kampania Romneya okazała się niemal katastrofą. Nie wykluczam, że w najbliższych dniach wycofa się z wyścigu w ogóle.

McCain musi teraz przekonać do siebie konserwatywne skrzydło partii, gdzie wciąż bardzo wielu wyborców mu nie ufa. Jeśli to się uda, bohater z Wietnamu będzie silnym kandydatem przeciwko Demokratom. Ale nie wszystko zależy od niego.

Jeśli kryzys gospodarczy się pogłębi, McCainowi trudno będzie wygrać. Jeśli natomiast okaże się, że to tylko niewielka zadyszka i do listopada gospodarka USA znów będzie w dobrej kondycji, szanse McCaina, autorytetu w sprawach zagranicznych i bezpieczeństwa, mocno wzrosną.

Podobnie Irak – jeśli najbliższe miesiące pokażą, że popierana przez McCaina ofensywa w Iraku przynosi dalsze uspokojenie kraju, to on sam w listopadzie będzie bardzo, bardzo mocny. Ale jeśli okaże się, że sukcesy z ostatnich miesięcy były tylko iluzoryczne, Clinton albo Obama będą mieli zwycięstwo niemal w kieszeni.

Być może więc o wyniku tych wyborów zdecydują czynniki, na które żaden z kandydatów nie ma wpływu.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Zobacz także

  • ABC emigranta – przewodnik
    W Wielkiej Brytanii żyje i pracuje co najmniej kilkaset tysięcy Polaków, a wielu następnych w kraju zastanawia się nad emigracją. Z pewnością przyda im się ...